Zaczęło się od obietnic i dziecięcych marzeń. Na pierwszy ogień poszło wesołe miasteczko w Szczecinie – punkt obowiązkowy, który od dawna chodził małej po głowie. Potem przyszedł czas na większą podróż. Pięć dni w Krakowie.
Początek nie rozpieszczał – deszcz wisiał w powietrzu, ale kiedy ma się obok siebie ludzi, z którymi chce się iść na koniec świata, pogoda staje się tylko tłem. Narzuciliśmy kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe i ruszyliśmy pieszo na przystanek. Potem szybki meldunek na dworcu PKP, dwie godziny drogi do Poznania, a stamtąd dwa razy dłuższa trasa prosto do serca Małopolski. Na miejscu Kraków przywitał nas słońcem, o wiele piękniejszym, niż zapowiadały prognozy. Każdego dnia nasze buty pokonywały kilometry brukowanych uliczek. Chłonęliśmy to miasto wspólnie: Smocza Jama, Wawel, gwarny Rynek, muzea, galerie i gwar restauracji.
Powrót pociągiem nie oznaczał jednak końca tej opowieści. Chcieliśmy zatrzymać ten pęd dobrej energii. Prosto z trasy ruszyliśmy na urodziny mojej chrześnicy, gdzie zostaliśmy na noc, bez biegu, bez zmartwień, po prostu będąc tu i teraz. W drodze powrotnej porwaliśmy jeszcze ze sobą dziadków – bo mała uwielbia każdą sekundę spędzoną w ich towarzystwie.
Gdy takie intensywne dni dobiegają końca, przychodzi nasycenie. Piękne, głębokie uczucie spełnienia, które niestety ma bardzo krótki termin ważności. Gdzieś z tyłu głowy, jak cichy, uporczywy szum, natychmiast pojawia się ten sam, dobrze znany deficyt. Ogromna, trudna do ubrania w słowa tęsknota. Prawda jest taka, że do braku własnego dziecka na co dzień nie da się przyzwyczaić. Nigdy tego nie zrobiłem i pewnie nigdy mi się to nie uda.
Te długie tygodnie dają siłę, bez nich rzeczywistość byłaby nie do zniesienia, ale jednocześnie boleśnie przypominają, że po nich znowu przyjdzie czas krótkich, rwanych spotkań.
Dziś jednak wybieram obronę przed tymi czarnymi myślami. Nie chcę pozwolić, by lęk przed jutrem odebrał mi radość z tego, co wywalczone. Przede mną przecież druga połowa tych wakacji – czas sądownie, z wielkim trudem wyszarpany z gardła byłej żony. W sierpniu znów będziemy mieli dla siebie kolejne dwa tygodnie.
Wiem, jak ten czas będzie wyglądał. Będzie przesycony czułymi gestami, uściskami i tymi szczególnymi spojrzeniami, które rozumiemy tylko my dwoje. To nasz własny, intymny język, którego nikt nigdy nam nie odbierze. Żaden sąd, żadna przeszłość, żaden człowiek. To jest wyłącznie nasze.


