czwartek, 11 czerwca 2026

Proces - Franz Kafka

 


 Niektórzy z Was zapewne pamiętają książkę, która dla wielu jest synonimem totalnego, bezdusznego absurdu. Proces Franza Kafki. Czytałem tę lekturę w szkole średniej, choć nie była wtedy pozycją obowiązkową. Pamiętam, że zupełnie do mnie nie przemawiała. Pokazywała świat tak groteskowy, tak odklejony od rzeczywistości, że jako młody chłopak nie potrafiłem znaleźć z nim żadnej nici porozumienia. Byłem wtedy czysty, wolny. Nie miałem dzieci, nie miałem byłej żony, nie miałem pojęcia, czym jest bezwład instytucji.

Dzisiaj tamta książka już nie tylko do mnie przemawia. Ona krzyczy. Mówi aż zbyt dobitnie, stając się moją codziennością.

W ciągu ostatniego czasu przeżyłem dwa postępowania sądowe. Dwa spektakle, w których rozpisano role, ale mnie nikt nie zapytał o zdanie. Pierwsza sprawa dotyczyła wykonania kontaktów z córką – w teorii miała zmusić matkę do realizowania postanowień sądu pod groźbą grzywny. Druga sprawa toczyła się o podwyższenie alimentów. I wiecie co? W obu przypadkach człowiek zostaje zgnieciony przez to samo potworne uczucie: cokolwiek powiesz, jakkolwiek zapłaczesz czy krzykniesz, wszystko zostało już wcześniej postanowione. Przesądzone za kurtyną, zanim w ogóle wszedłeś na salę. Ojciec w tym chorym układzie jest tylko niemą, zbędną figurą stojącą z boku. Nieważne co mówi, jak mówi, ani czy w ogóle oddycha.

Paradoks polega na tym, że sądy rodzinne w Polsce wcale nie są prorodzinne. Niestety, brutalna prawda jest taka, że są one pro-matczyne. Dlaczego? Bo w większości przypadków to kobiecie powierza się codzienną opiekę, a dziecko automatycznie, niemal taśmowo, trafia do matki. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam problemu z miłością matczyną. Nie mam problemu z instytucją matki czy jej rolą społeczną. Sam mam mamę, którą ogromnie kocham i której zawdzięczam nieskończenie wiele. Ale tutaj, w obliczu absolutnego braku równości prawa rodzinnego, rodzi się czysta, żywa krzywda. Krzywda, której nikt nie chce słuchać.

I to nie są emocje, które wypaczają mój obraz rzeczywistości. Nie dajcie sobie tego wmówić. Coś obiektywnie, systemowo jest nie tak z tym światem, skoro podczas półtoragodzinnej rozprawy ja mówię o swoim życiu, odpowiadam na pytania, obnażam się przed sądem, a matka dziecka zostaje zapytana zaledwie dwukrotnie. O dwie błahe rzeczy, które i tak sąd przyjmuje bezkrytycznie, bez jakiejkolwiek próby naświetlenia czy wyjaśnienia sprawy.

Efekt? Podniesiono mi alimenty o 250 procent.

Bez względu na to, że obecnie nie pracuję. Bez względu na to, że moja obecna żona pracuje tylko na pół etatu, bo nie jest w stanie wyciągnąć z doby więcej – przecież opiekuje się mną. W przyszłości nawet ta połówka etatu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Moje tłumaczenia, że jako osoba z niepełnosprawnością potrzebuję jakichkolwiek oszczędności na wypadek nagłej potrzeby zakupu sprzętu rehabilitacyjnego czy nagłego pogorszenia zdrowia, potraktowano jak abstrakcję. Sąd żyje w jakiejś dziwnej, odciętej od realizmu bańce "tu i teraz". Kompletnie pominięto fakt, że zasiłki, z których się utrzymuję, są w dużej mierze czasowe, a nie stałe.

W odpowiedzi od sądu usłyszałem, że jeśli mój stan zdrowia się pogorszy, to przecież „mogę złożyć wniosek o obniżenie alimentów”. Coś we mnie wtedy zadrżało. Coś pękło z głośnym trzaskiem. Zapytałem wprost: co jeszcze ma się, pogorszyć? W ciągu ostatnich dwóch lat z czterech sprawnych palców został mi już tylko jeden. Jeden! Co ma być gorsze? Mają pojawić się problemy z oddychaniem? Pewnie tak będzie, taka jest specyfika mojego stanu. Ale wiem, że to również nie przekona żadnego sądu, który swoje orzeczenia opiera na suchej, bezdusznej matematyce: tyle zasiłku, tyle alimentów, wynik równa się zero. Człowiek zredukowany do cyferek.

Zatrważa też kompletny brak kontroli nad wydatkami. Sąd zupełnie nie koncentruje się na adekwatności czy gospodarności matki. To, jak duże kwoty wykazuje po swojej stronie i na co naprawdę je przeznacza, nie ma dla nikogo znaczenia. Jakby decyzje mamy każdego dziecka były słowem świętym, objawionym i niepodważalnym. Są uzasadnione, bo tak powiedziała, i koniec. To otwiera przerażającą drogę do niesprawiedliwości, do windowania rachunków bez końca, bez żadnej górnej granicy.

Druga sprawa, o kontakt z córką, dobiła mnie jeszcze bardziej. Mimo że dziecko nie było mi wydawane, mimo że strona przeciwna nie przedstawiła żadnego dowodu (np. zaświadczenia o poważnej chorobie), mimo że utrudniano mi nawet zwykły kontakt telefoniczny – co w obliczu rzekomej choroby jest już całkowitym absurdem – sąd nie zrobił kompletnie nic. Nie kiwnął palcem. Zamiast tego usłyszałem słowa, które zakłuły mnie prosto w kości: „Może córka nie chciała z panem rozmawiać, bo jest pan dla niej zbyt mało atrakcyjny?”.

Nie mogę tutaj napisać, co wtedy pomyślałem. Nie mogę napisać, co miałem ochotę zrobić po tych słowach, tak głęboko upokarzających człowieka i ojca. Sąd, który miał wymierzyć sprawiedliwość, uznał, że klauzula w wyroku rozwodowym pozwalająca na nakładanie kar na matkę za niewydawanie dziecka, to tylko pusty zapis. To nic nie daje. Za każdym razem procedura jest identyczna: muszę udowodnić wszystko ponad wszelką wątpliwość, a i tak na koniec słyszę od sędziego: „Przegrał pan”. A potem, dla pewności, jeszcze raz: „Przegrał pan”.

Brzmiało to tak, jakbyśmy uczestniczyli w jakiejś chorej, sportowej rywalizacji. Sędzia podsumował to zresztą uwagą, że w tym momencie to on już właściwie nie wie, po co ja zakładam te sprawy. Sugerując bezczelnie, że robię to dla jakiejś własnej, perwersyjnej przyjemności.

Jeśli jakikolwiek urzędnik, jakakolwiek instytucja czy jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek próbuje mi wmówić, że pisanie dziesięciostronicowego pisma procesowego dwoma – a teraz już jednym palcem – jest dla mnie rozrywką i przyjemnością... to ja się z całego serca, z głębi mojej rozpaczy pytam: w jakim my, do diabła, świecie żyjemy? W jakim świecie przyszło nam umierać za życia?

niedziela, 15 marca 2026

Maincraft i zaskakujący brak wstydu


 Po ostatnim odebraniu córki ode mnie przez jej mamę usłyszałem, że z mojego powodu a raczej z powodu moich zaniedbań Klaudia trafiła do szpitala. Granie na emocjach, dramaturgia, wpędzanie w poczucie winy, robienie ze mnie wariata, wykorzystywanie dziecka do uderzenia we mnie, kolejny raz okazały się być teatrem– żeby nie powiedzieć farsą. Zazwyczaj takie sytuacje okazują się być forsą, gdy nagle pojawia się jakiś trudny do zrozumienia dla normalnie myślących rodziców, problem z przekazaniem wiarygodnych informacji o stanie zdrowia dziecka. Chodzi tu o jakąś dokumentację medyczną, która by wskazywała na problemy ze zdrowiem o jakich mowa. Tak jak zawsze poprosiłem o takie informacje i jednocześnie tak jak zawsze odmówiono mi ich, co zawsze jest potwierdzeniem moich przypuszczeń co do tego, iż rozmawiamy tu o sytuacjach wyimaginowanych, bądź zasadniczo mniej poważnych niż mi są przedstawiane.

Tak jak pokazałem za sprawą screenów z rozmowy w poprzednim wpisie powiedziano mi, że tabletka na gardło mogę dać psu, a nie naszej córce. Co się natomiast okazało? Mianowicie okazało się to, że nie tabletka na gardło pomogła na ból gardła Klaudii, uwaga: płyn do płukania ust. Pisze o tym w sposób prześmiewczy ponieważ zarzucono mi zaniedbanie własnego dziecka w obliczu jakiegoś poważnego schorzenia, bliżej nie przedstawionej mi infekcji która rzekomo wymagała aż hospitalizacji, na którą jednocześnie pomogło... Zwiększenie higieny jamy ustnej. Dopiero w ten Weekend, gdy córka była u nas miałem możliwość względnego  ustalenia co się wydarzyło i co jej dolegało. Dowiedziałem się, że chodziło o kamienie powstające na migdałach i taką też informację wystarczyło, aby przekazała mi była żona po tym jak poprosiłem ją o informacje dotyczące stanu zdrowia naszej córki. Biorąc pod uwagę jej ataki na mnie i wyzwiska, a także zarzuty dotyczące zaniedbania z oczywistych przyczyn tych informacji przekazać mi nie mogła. W takiej bowiem diagnozie nie było tak oczekiwanej i pożądanej przez nią dramaturgii i możliwości czynienia mi zarzutów. Dodam tylko, że córka nosi aparat na zęby i który w ostatnim czasie zalecono jej nosić jeszcze częściej– w tym właśnie upatruje problem z migdałami.

Rzeczą oczywistą jest, że nie ma co liczyć ze strony byłej żony na jakiekolwiek słowa przeprosin, czy też na gesty które mogłyby stanowić przeprosiny w obliczu tak brutalnie i daleko, a przede wszystkim niefortunnie wyciągniętych wniosków. Wiem, że ludzie są skrajnie różni, ale ja osobiście z powodu takiej kompromitacji, która w dodatku została utrwalona niejako na piśmie poprzez rozmowy za sprawą wiadomości tekstowych, czułbym po prostu wstyd. Byłoby mi zwyczajnie głupio, że bezpodstawnie kogoś zaatakowałem, obwiniłem za coś na co ten ktoś nie miał wpływu. Wstyd ten byłby tym większy, że czułbym go przed swoim byłym partnerem i dotyczyłby kwestii związanych z naszym wspólnym dzieckiem... tak jednak jak napisałem: ludzie są różni. Powiedzieć w tej sytuacji, że znów z dużej chmury mały deszcz, to tyle co nie powiedzieć nic, ponieważ stres i nerwy nie mają swojej ceny – zwłaszcza w moim przypadku.  

Standardowo  Klaudia spędziła u nas Weekend– odebraliśmy ją w piątek ze szkoły , a w niedzielę czyli dzisiaj, standardowo odebrała ją od nas jej mama. Miała być ładna pogoda, miały być rolki, ale ostatecznie było kino i maincraft– z prezentowałem go córce w sposób który nie tylko ją zaskoczył, lecz przede wszystkim wzruszył i taka właśnie reakcja jest dla mnie zawsze najlepszą nagrodą. Nagrodą za wszystkie kłody rzucane pod nogi i czynione problemy od kilku lat. Wszystko to nikt nie w obliczu łez połączonych z uśmiechem. Wiosny nie da się już powstrzymać więc wszystko to co planowaliśmy na ten weekend, zrealizujemy w następny bądź w jeszcze kolejny. Nie udało się również pójść do kościoła, ale ten dodatkowy czas w niedzielę wykorzystaliśmy na odrobienie lekcji z matematyki, a w sobotę na powtórkę z przyrody. Gdy podpytuję Klaudię z informacji które powinna wiedzieć, czuje za każdym razem dumę z tego jaka jest mądra, jak szybko się uczy bo wiem, iż jest w stanie wiele osiągnąć.

Dzisiaj natomiast, bezpośrednio po oddaniu córki w ręce byłej żony, odbyłem z nią rozmowę w sprawie dokumentów tożsamości Klaudii których zabrakło w jej rzeczach osobistych– chodzi tutaj o legitymację szkolną, której używaliśmy przez Weekend i którą zapomnieliśmy jej spakować. Po wstępnym pytaniu o to gdzie jest owa legitymacja, standardowo dla tego typu sytuacji rozgorzała burza na temat tego, jaka tragedia się stała – czytaj moje zaniedbanie itd. Dokument ten został u nas przez pomyłkę i od razu po tej rozmowie, został odesłany do byłej żony na pobliski dla niej paczkomat. Podobne sytuacje zdarzały się w przeszłości już wielokrotnie tyle, że było odwrotnie: zazwyczaj to nam brakowało dokumentów córki gdy były nam potrzebne. Notoryczność takich braków sprawia, że trudno wierzyć iż były one przypadkami. W mojej ocenie były działaniami celowymi ze strony byłej żony i nakierowanymi na narażenie nas na koszty lub chociaż na stres, ponieważ dla ex jest to po prostu zabawne. W odpowiedzi na agresję słowną z jej strony przypomniałem jej o tego typu sytuacjach, lecz standardowo zarzuciła mi kłamstwa. Dobrze, że jest ten blog. Gdy upłynie tyle czasu, że ciężko będzie sobie przypomnieć pewne rzeczy, on będzie zawsze świadectwem wytrącającym  broń z rąk byłej żony podczas z całą pewnością realnej w przyszłości walki w ramach słowa przeciwko słowu.

środa, 25 lutego 2026

Ferie 2026 i ich chore zakończenie


  Jesteśmy już po feriach zimowych z Klaudią. Upłynęły nam one na całkowitym wyciszeniu i celowo bez dodatkowych atrakcji, które choć również dostarczają fajnych emocji, to jednak oddalają przyjemne emocje wynikające ze zwykłej codzienności w komplecie. Odłożenie atrakcji na później było przemyślane, ale jednocześnie pogoda za oknem zasadniczo uniemożliwia szeroko rozumiane wyjścia. Niska temperatura, wilgoć i wiatr to w moim przypadku często przeszkoda nie do przeskoczenia z przyczyn zdrowotnych. Wszelkie przeziębienia i infekcje, są dla mnie zdecydowanie groźniejsze niż w przypadku ludzi zdrowych. W ostatnim czasie miewam również większy problem z rozgrzaniem po wychłodzeniu się na dworze. Dlatego też unikam wychodzenia w taką pogodę, a jeśli już jest to konieczne, to po powrocie w ruch idzie suszarka, koc elektryczny bądź termofor. W zimę pozostaje mi jedynie nie zwariować od siedzenia w domu. Tak już jest i nie przeskoczę tego choćbym bardzo chciał, ale nie musi się to odbywać z jakąkolwiek stratą dla moich bliskich. Wszystko jest kwestią podejścia i organizacji codzienności. Dni takie jak te, są dowodem że się to udaje.


  Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pozostanie w domu w ten nie przyjazny pogodowo okres sprawiło jednak, że czas nieco zwolnił, a jest to od dawna moja bolączka w obliczu możliwości spędzania czasu z córką, tylko przez Weekend co drugi tydzień. Zawsze ten czas z nią gdzieś nieubłagalnie pędzi, dlatego tym razem mogliśmy po prostu posiedzieć ze sobą w domowym zaciszu– objąć się, rozmawiać bądź nic nie robić, albo też robić coś osobno, ale koło siebie. Każdego dnia trochę uczyliśmy się, graliśmy na komputerze, dokuczaliśmy pieskom, a wieczorami do późna oglądaliśmy  film w łóżku. Nie gonił nas czas, spaliśmy do której chcieliśmy. Nie goniły nas plany, robiliśmy to co chcieliśmy i myślę, że dokładnie takie same odczucia i odbiór tych wspólnie spędzonych ferii, ma również moja córka. W ostatnim ich etapie poszliśmy do kina i wybraliśmy się na łyżwy. To był fajny,  spokojny czas mimo chłodu za oknem, nam było bardzo ciepło. Córka odjechała zabrana przez swoją mamę o wskazanej w postanowieniu sądu godzinie– początkowo więc bez większych problemów.


  To właśnie odbiór Klaudii od nas, stał się początkiem możliwości stwierdzenia, że zakończenie ferii miał charakter chorobowy. Można byłoby przypuszczać, że chodzi tu o jakiś problem ze stanem zdrowia, ale nie do końca, albo nie w głównej mierze. Może bardziej chodziło o stan umysłu. Klaudia pojechała od nas w sobotę i tego dnia nie zgłaszała mi żadnych problemów ze zdrowym. Dzień wcześniej wspomniała, że zaczęło boleć ją gardło. W odpowiedzi na to, dostała tabletkę do ssania, a także zwiększoną dawkę witamin i problem z gardłem i jego bólem zniknął– pytałem córkę jeszcze o to tuż przed wyjazdem. Wiedziałem od niej, że po odebraniu jej od nas przez jej mamę, nie będą wracać do domu, lecz zostaną do końca weekendu u rodziny mojej ex. Tak też zrobiły, a następnie minął sobotni wieczór, niedziela i połowa poniedziałku. Po upływie tego czasu, otrzymałem od swojej byłej żony wiadomość pełną wykrzykników i jadu. Komunikat pozbawiony jakichkolwiek pytań czy też prób ustalenia czegokolwiek. Obwiniono mnie o zaniedbanie i to, że przeze mnie Klaudia w poniedziałek właśnie znalazła się w szpitalu. Mimo takiego tonu wypowiedzi matki mojej córki, próbowałem ustalić co dokładnie się wydarzyło i jakie są tego skutki. Dopytywałem zarówno w poniedziałek, wtorek jak i dzisiaj czyli w środę. Do teraz nie otrzymałem jakiejkolwiek wyjaśnień, ani tym bardziej konkretnych informacji dotyczących stanu zdrowia Klaudii. Jedyne co dostałem, to zarzuty, że ubliżam, atakuje i podważam kompetencje. Jeszcze jakiś czas temu, zastanawiałbym się gdzie i jak to zrobiłem, szukałbym jakiegoś swojego błędu i winy, ale teraz nie tracę na to czasu i nerwów bo wiem, iż są to albo paranoje, albo frazesy pisane pod sąd.


  Kontynuowany i powielany jest więc schemat utrudnień, które wykraczają w mojej ocenie, poza znane od samego początku i realizowane złośliwości wyrastające z poczucia bycia lepszym rodzicem przez moją byłą żonę. Ja przecież jestem tym rodzicem drugiej kategorii, rodzicem który zaniedbuje i nic nie może, rodzicem który powinien tylko płacić i zejść na drugi a najlepiej na trzeci plan, w nic się nie mieszać i pozwolić aby jego dziecko było wychowywane przez nowego partnera matki. Coraz bardziej wygląda to na działanie bardziej złożone i bardziej podstępne, ponieważ skoncentrowane na długofalowym oddziaływaniu na mnie poprzez stres. Ten niewątpliwie towarzyszy mi w tego typu sytuacjach, ponieważ cenie zdrowie bardziej niż większość ludzi, a gdy problemy w tej płaszczyźnie dotykają mojego dziecka, to jest to dla mnie tym bardziej dotkliwe i z całą pewnością zdaję sobie z tego sprawę moja była małżonka. Uspokoiłem się dopiero po dzisiejszej rozmowie z Klaudią, z której jasno wynika, iż czuje się ona dobrze, a cała sytuacja najwyraźniej była kolejny raz celowo nadmuchana, wyolbrzymiona, żeby nie powiedzieć wyimaginowana. Szpital? Panika? Dramaturgia? Po co to wszystko? Usłyszałem przy tym to, że mając pełnię praw rodzicielskich mogę sam ustalić jaka pomoc medyczna została udzielona mojej córce. Próba realizacji tego oznaczałaby dzwonienie bądź objechanie wszystkich placówek medycznych w okolicy zamieszkania Klaudii, a więc jest to oderwana od rzeczywistości hipokryzja. Z drugiej jednak strony z całą pewnością moja była żona właśnie tego by chciała abym jak dawniej, gdy szukając ukrywanej przede mną córki objechał osobiście wszystkie przedszkola w okolicy. Jak się okazuje, stan zdrowia Klaudii jest i był na tyle dobry, że była ona na półkoloniach. W tym wszystkim najbardziej przeraża mnie to, co z całą pewnością w takich chwilach dzieje się w głowie mojej córki, która pozostaje rozdarta pomiędzy prawdą, a fikcją kreowaną z jakichś niezrozumiałych dla niej powodów.

Ludzie wokół nas cechują się różną urodą i bardzo często jest to tak naprawdę tylko i wyłącznie kwestią gustu. O pewnych osobach, zgodnie z obowiązującym kanonem i różnymi standardami mówi się, że są ładne bądź brzydkie, czasem piękne a czasem paskudne. Myślę, że podział ten nie tylko często bywa niesprawiedliwy, lecz również jego problemem jest to, iż jest zbyt uproszczony. Wiele osób swoje paskudztwo nosi głęboko w sobie schowane przed innymi ludźmi i całym światem. Czasem ta wewnętrzna brzydota kontrastuje z pięknem twarzy i figury, a w innych przypadkach uzupełnia wygląd zewnętrzny. Skomplikowana jest natura człowieka. Najbardziej brzydki jest chyba człowiek który jest paskudny w środku.


Proces - Franz Kafka

   Niektórzy z Was zapewne pamiętają książkę, która dla wielu jest synonimem totalnego, bezdusznego absurdu. Proces Franza Kafki. Czytałem t...