Dzisiaj tamta książka już nie tylko do mnie przemawia. Ona krzyczy. Mówi aż zbyt dobitnie, stając się moją codziennością.
W ciągu ostatniego czasu przeżyłem dwa postępowania sądowe. Dwa spektakle, w których rozpisano role, ale mnie nikt nie zapytał o zdanie. Pierwsza sprawa dotyczyła wykonania kontaktów z córką – w teorii miała zmusić matkę do realizowania postanowień sądu pod groźbą grzywny. Druga sprawa toczyła się o podwyższenie alimentów. I wiecie co? W obu przypadkach człowiek zostaje zgnieciony przez to samo potworne uczucie: cokolwiek powiesz, jakkolwiek zapłaczesz czy krzykniesz, wszystko zostało już wcześniej postanowione. Przesądzone za kurtyną, zanim w ogóle wszedłeś na salę. Ojciec w tym chorym układzie jest tylko niemą, zbędną figurą stojącą z boku. Nieważne co mówi, jak mówi, ani czy w ogóle oddycha.
Paradoks polega na tym, że sądy rodzinne w Polsce wcale nie są prorodzinne. Niestety, brutalna prawda jest taka, że są one pro-matczyne. Dlaczego? Bo w większości przypadków to kobiecie powierza się codzienną opiekę, a dziecko automatycznie, niemal taśmowo, trafia do matki. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam problemu z miłością matczyną. Nie mam problemu z instytucją matki czy jej rolą społeczną. Sam mam mamę, którą ogromnie kocham i której zawdzięczam nieskończenie wiele. Ale tutaj, w obliczu absolutnego braku równości prawa rodzinnego, rodzi się czysta, żywa krzywda. Krzywda, której nikt nie chce słuchać.
I to nie są emocje, które wypaczają mój obraz rzeczywistości. Nie dajcie sobie tego wmówić. Coś obiektywnie, systemowo jest nie tak z tym światem, skoro podczas półtoragodzinnej rozprawy ja mówię o swoim życiu, odpowiadam na pytania, obnażam się przed sądem, a matka dziecka zostaje zapytana zaledwie dwukrotnie. O dwie błahe rzeczy, które i tak sąd przyjmuje bezkrytycznie, bez jakiejkolwiek próby naświetlenia czy wyjaśnienia sprawy.
Efekt? Podniesiono mi alimenty o 250 procent.
Bez względu na to, że obecnie nie pracuję. Bez względu na to, że moja obecna żona pracuje tylko na pół etatu, bo nie jest w stanie wyciągnąć z doby więcej – przecież opiekuje się mną. W przyszłości nawet ta połówka etatu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Moje tłumaczenia, że jako osoba z niepełnosprawnością potrzebuję jakichkolwiek oszczędności na wypadek nagłej potrzeby zakupu sprzętu rehabilitacyjnego czy nagłego pogorszenia zdrowia, potraktowano jak abstrakcję. Sąd żyje w jakiejś dziwnej, odciętej od realizmu bańce "tu i teraz". Kompletnie pominięto fakt, że zasiłki, z których się utrzymuję, są w dużej mierze czasowe, a nie stałe.
W odpowiedzi od sądu usłyszałem, że jeśli mój stan zdrowia się pogorszy, to przecież „mogę złożyć wniosek o obniżenie alimentów”. Coś we mnie wtedy zadrżało. Coś pękło z głośnym trzaskiem. Zapytałem wprost: co jeszcze ma się, pogorszyć? W ciągu ostatnich dwóch lat z czterech sprawnych palców został mi już tylko jeden. Jeden! Co ma być gorsze? Mają pojawić się problemy z oddychaniem? Pewnie tak będzie, taka jest specyfika mojego stanu. Ale wiem, że to również nie przekona żadnego sądu, który swoje orzeczenia opiera na suchej, bezdusznej matematyce: tyle zasiłku, tyle alimentów, wynik równa się zero. Człowiek zredukowany do cyferek.
Zatrważa też kompletny brak kontroli nad wydatkami. Sąd zupełnie nie koncentruje się na adekwatności czy gospodarności matki. To, jak duże kwoty wykazuje po swojej stronie i na co naprawdę je przeznacza, nie ma dla nikogo znaczenia. Jakby decyzje mamy każdego dziecka były słowem świętym, objawionym i niepodważalnym. Są uzasadnione, bo tak powiedziała, i koniec. To otwiera przerażającą drogę do niesprawiedliwości, do windowania rachunków bez końca, bez żadnej górnej granicy.
Druga sprawa, o kontakt z córką, dobiła mnie jeszcze bardziej. Mimo że dziecko nie było mi wydawane, mimo że strona przeciwna nie przedstawiła żadnego dowodu (np. zaświadczenia o poważnej chorobie), mimo że utrudniano mi nawet zwykły kontakt telefoniczny – co w obliczu rzekomej choroby jest już całkowitym absurdem – sąd nie zrobił kompletnie nic. Nie kiwnął palcem. Zamiast tego usłyszałem słowa, które zakłuły mnie prosto w kości: „Może córka nie chciała z panem rozmawiać, bo jest pan dla niej zbyt mało atrakcyjny?”.
Nie mogę tutaj napisać, co wtedy pomyślałem. Nie mogę napisać, co miałem ochotę zrobić po tych słowach, tak głęboko upokarzających człowieka i ojca. Sąd, który miał wymierzyć sprawiedliwość, uznał, że klauzula w wyroku rozwodowym pozwalająca na nakładanie kar na matkę za niewydawanie dziecka, to tylko pusty zapis. To nic nie daje. Za każdym razem procedura jest identyczna: muszę udowodnić wszystko ponad wszelką wątpliwość, a i tak na koniec słyszę od sędziego: „Przegrał pan”. A potem, dla pewności, jeszcze raz: „Przegrał pan”.
Brzmiało to tak, jakbyśmy uczestniczyli w jakiejś chorej, sportowej rywalizacji. Sędzia podsumował to zresztą uwagą, że w tym momencie to on już właściwie nie wie, po co ja zakładam te sprawy. Sugerując bezczelnie, że robię to dla jakiejś własnej, perwersyjnej przyjemności.
Jeśli jakikolwiek urzędnik, jakakolwiek instytucja czy jakikolwiek zdrowy na umyśle człowiek próbuje mi wmówić, że pisanie dziesięciostronicowego pisma procesowego dwoma – a teraz już jednym palcem – jest dla mnie rozrywką i przyjemnością... to ja się z całego serca, z głębi mojej rozpaczy pytam: w jakim my, do diabła, świecie żyjemy? W jakim świecie przyszło nam umierać za życia?





