Dziś mam 42 lata. Mój kręgosłup jest skrzywiony niczym bezwzględna litera S, a z pięciu palców prawej dłoni ocalał tylko jeden jedyny – mój ostatni bastion kontroli, moje jedyne narzędzie do stukania w klawiaturę, mój fizyczny łącznik ze światem myśli. Wszystko zmierza w kierunku, którego podświadomie należało się spodziewać. Ciało ma swój własny, neurotyczny zegar, który odlicza czas wstecz. Prawda jest taka, że nigdy nie ma dobrego momentu na pogorszenie. Na kolejną chorobę, na powiększenie skali niepełnosprawności – ten cios zawsze przychodzi za wcześnie. Trzeba to głośno i uczciwie przyznać.
Mimo tego biologicznego determinizmu osiągnąłem w życiu niewiarygodnie dużo. Miałem jedną żonę, teraz mam drugą. Moje obecne małżeństwo to przestrzeń pełna wspaniałej, głębokiej, dojrzałej miłości. Tamten pierwszy związek? Rozpadł się w niefajnych, trudnych okolicznościach. A jednak neurotyczna skłonność do rozpamiętywania nie pozwala mi uznać tamtego czasu za stracony. Nie wymazałbym go z pamięci. Dlaczego? Bo z tego chaosu narodziła się moja wspaniała córka. Dobrze jest, że jest dokładnie tak, jak jest. To kolejny mój życiowy dogmat.
Przed nami wakacje. Czas, który zamierzam wykorzystać obsesyjnie i bezkompromisowo na zacieśnianie więzi z moim dzieckiem. Chcę w nią wpajać wszystko, co najlepsze, i pozwalać, by ona wpajała się we mnie – niczym wilki w tym popkulturowym, mrocznym świecie „Zmierzchu”, który moja Klaudia tak uwielbia. To magnetyczne, nierozerwalne przywiązanie. Mam ogromną nadzieję, że pogoda dopisze, a plany i atrakcje, które skrupulatnie dla nas przygotowałem, dojdą do skutku. Robimy to wspólnie z moją żoną, dbając o to, by ten czas był naszym wspólnym monolitem. Zero przymusu, czysta radość z wzajemnej obecności. To jest nasz klucz do sukcesu. Córka spędzi ze mną pierwszą połowę lipca, potem na dwa tygodnie pojedzie do mamy, by w pierwszej połowie sierpnia znów wrócić w moje ramiona. Mamy plan i będziemy go konsekwentnie realizować.
Czego więc neurotyk z duszą nowoczesnego romantyka może chcieć na swoje 42. urodziny? Na pewno nie zdrowia – na to nie mam bezpośredniego wpływu, robię co mogę, ale z pustego to i Salomon nie naleje. Trzeba się po prostu pogodzić z biologicznym rozdaniem kart. Chcę czegoś znacznie cenniejszego. Chcę ludzi. Ich autentycznej obecności, bliskości, ciepła. Zawsze powtarzam, że relacje to jedyna tkanka, na którą mamy realny wpływ. Można o nie dbać, można je stale naprawiać.
Marzę, by ten 26 czerwca – dzień, który nigdy nie będzie dla mnie zwykłą, pustą kartką z kalendarza ani bezduszną cyfrą w metryce – spędzić w otoczeniu czystych spojrzeń. Bez zawiści, bez zazdrości, bez toksycznego jadu. Tylko ja i ludzie, którzy życzą mi dobrze. To moje jedyne, najprawdziwsze urodzinowe życzenie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz