Fascynuje mnie i jednocześnie przeraża ten potworny mechanizm: oto człowiek zamyka jedne drzwi i bez mrugnięcia okiem przeprowadza amputację własnej przeszłości. Wchodzi w nowy układ, nową przestrzeń, i nagle cały ciężar swojego jestestwa, całą tę neurotyczną potrzebę bliskości, przelewa na nowy obiekt. Nowa partnerka, nowe dziecko – własne lub przybrane. A tamto poprzednie? Staje się nagle duchem, wspomnieniem, błędem w systemie, o którym lepiej zapomnieć.
To jakaś forma wybiórczego rodzicielstwa. Wykastrowana, przerażająco mechaniczna emocjonalność.
Bo przecież idąc tym tropem – jeśli ten drugi, rzekomo idealny świat też się rozpadnie, to co? Nastąpi kolejna czystka? Kolejne dzieci zostaną porzucone na marginesie pamięci, bo na scenę wejdzie trzeci akt? To nie jest miłość. To jest jakaś potworna, pragmatyczna turystyka emocjonalna.
Dla mnie to niepojęte. W moim prywatnym dekalogu relacja z dzieckiem to jedyna stała w tym całym chaotycznym wszechświecie. Żon, mężów, kochanków możemy mieć w ciągu życia wielu – partnerstwo bywa kontraktem, który czasami wygasa. Ale krew z krwi? Bycie rodzicem to bilet w jedną stronę. To niezbywalne piękno, które dla tych „czystych kart” staje się nagle zbyt ciężkim bagażem.
Słyszę te głosy, te wieczne usprawiedliwienia: „Och, to skomplikowane”, „Nowa partnerka nie akceptuje mojego dziecka”, „Sytuacja jest zbyt trudna”. Gówno prawda. To zwykłe, wygodnickie tchórzostwo. Nawet jeśli nowa relacja rodzi się w bólach i braku akceptacji, to przecież świat nie jest czarno-biały. Można budować mosty poza zasięgiem wzroku niechętnego partnera. Można spotykać się na osobności, tworzyć własny, intymny mikrokosmos tylko dla siebie i córki. Różnorodność rzeczywistości daje nam nieskończone narzędzia – trzeba tylko chcieć po nie sięgnąć.
Ale oni nie sięgają. Wybierają emocjonalne lenistwo. Wybierają łatwy, znieczulony reset. Ja mam to szczęście, że moja żona nie tylko w pełni akceptuje moją Klaudię, lecz kocha Ją jak własne dziecko. W tym wszystkim jednak nie można liczyć na szczęście. Trzeba dobrze wybrać i wierzę, że tak właśnie zrobiłem.
Moja przyjaciółka mawiała – choć w tym całym moim wewnętrznym rozedrganiu zawsze to przekręcam – że jeśli się chce, szuka się sposobu. Jeśli się nie chce, szuka się powodu. Oni znaleźli powód. Ja zawsze, bez względu na cenę i koszty, będę szukał sposobu. Moja córka nigdy nie stanie się kosztem własnym nowego otwarcia. Ona jest rdzeniem. Reszta to tylko zmienne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz